Pszczelarz — ciche królestwo miodu

Dym ma mówić „spokój”, a ruchy rąk — „zaufaj”. Każdy słoik to pamiątka po deszczu i słońcu.

Pasieka leżała za sadem, w miejscu, gdzie wiatr gubił kurz drogi, a niebo było bliżej. Ule stały rządkiem — jedne z kłód, inne skrzynkowe, wszystkie pachnące żywicą, woskiem i latem. Pszczelarz szedł tam nie jak na polecenie, ale jak do kościoła: cicho, spokojnie, z szacunkiem. Z przodu niósł podkurzacz, taką blaszaną puszkę z miechem. W środku tląca się próchniarnia, trochę ziół — melisa, tymianek, co dawało dymowi łagodność.

Pszczelarz z podkurzaczem, stojący wśród rzędów uli w wiejskiej pasiece pod drzewami owocowymi.
Pszczelarz z podkurzaczem, stojący wśród rzędów uli w wiejskiej pasiece pod drzewami owocowymi.

Dwa, trzy delikatne dmuchnięcia przy wylotku. Pszczoły uspokajały się, jakby ktoś pogładził je po grzbietach. „Dzień dobry, dziewczęta” — mówił. Zdejmował daszek, powałkę, a w środku życie jak w dobrej chacie: królowa na swoim, larwy w komórkach, karmicielki w ruchu, strażniczki u wejścia jak przy bramie folwarku. Wyciągał ramkę. Miodem aż się świeciło. Zasklep biały, jakby ktoś kredą zakorkował słońce.

Pszczelarz w kapeluszu i siatce ochronnej, delikatnie wyciągający ramkę z ula, obficie pokrytą pszczołami i miodem.
Pszczelarz w kapeluszu i siatce ochronnej, delikatnie wyciągający ramkę z ula, obficie pokrytą pszczołami i miodem.

Dawniej, gdy nie było miodarek, plastry krajano i miażdżono w dzieży, a miód sączył się przez lniane płótno powoli, cierpliwie. Dziś ramki wkładał do miodarki — bęben z korbą. Kręcisz i słyszysz, jak miód śpiewa po ściankach: szszsz… plask. Złoto ciekło w strumieniu do wiadra, potem do odstojnika, by wreszcie trafić w słoje. Każdy słoik nosił w sobie kawałek świata: rzepak pachniał polami, lipa — wieczornym lasem, gryka — przyprawą i ciemnym chlebem.

Pszczelarz obsługujący ręczną miodarkę, z której miód spływa do wiadra, w pomieszczeniu z oknem.
Pszczelarz obsługujący ręczną miodarkę, z której miód spływa do wiadra, w pomieszczeniu z oknem.

A był jeszcze wosk — pszczeli cud. Z niego robiło się świece, co nie kopciły, paliły się równo, miękko. Pszczelarz kroił stare plastry, topił w garnku, cedził i lał do form — aniołki, ule, skręcane walce. Kiedyś, za długich zimowych wieczorów, palono je na stole i czytano przy nich listy od synów z miasta.

Pszczelarz odlewający wosk do form na świece, na stole widoczne różne kształty świec i garnki z woskiem.
Pszczelarz odlewający wosk do form na świece, na stole widoczne różne kształty świec i garnki z woskiem.

Pasieka uczyła pokory. Jak za bardzo się spieszysz — dostaniesz żądłem, i słusznie. Jak jesteś delikatny — pszczoły robią swoje, a ty im tylko otwierasz, pomagasz, dziękujesz. Pszczelarz pokazywał młodym, że to nie „branie miodu”, ale „zbieranie daru”. Że dym ma mówić: „spokój”, a ruchy rąk — „zaufaj”.

Wróciwszy, stawiał słoje na stole. Słońce wpadało przez firankę i rysowało w miodzie całe lato: koniczynę, lipę, grykę. „Spróbuj — mówił. — To jest pamiątka po deszczu i słońcu, a ja tu tylko pomagałem.”