Haft — nitka, wzór i domowa cisza
Nie wszystko się „wyklikuje”. Niektóre rzeczy trzeba przeszyć własnymi rękami: równo, spokojnie, bez skrótu.
Na wsi było tak: kiedy kosiło się siano — śpiewali chłopi; gdy przyszła jesień — stukotały krokwie; a gdy zima usiadła na parapecie, w izbie odzywała się igła. Na stole lśnił len — nić gęsta, mocna, co nosi lata ciężkie i święta urocze. Obok tamborek, dwa kółka drewniane, co ściskają materiał jak palce. Igła cieniutka, nitki na motkach — biel, błękit, czasem czerwień na ozdobę.
Najpierw rysowało się wzór. Niekiedy kalka, niekiedy wolna ręka. Kwiaty — proste, czyste, jak te z przydomowego ogródka: malwy, tulipany, róże. Liście zakręcone, ale nie przesadnie. Tak, żeby było schludnie, po gospodarsku. Dziewczę, co siadało do haftu, brało oddech, wciągało materiał, napinało tamborek. Pierwsze wkłucie — jak pierwszy krok na lód: delikatnie, z czuciem. Nitka wysuwała się miękko, zostawiała ślad. Ścieg płaski kładł się jak farba, krzyżykowy robił drobną kratkę, a mereżka — cudna robota — wyciągała nitki z materiału i wiązała te, co zostały, w ażurową koronkę.
Wieczorami w izbie bywało kilka kobiet. Jedna śpiewała pod nos, druga opowiadała, jak u kuzynki chrzciny były, trzecia liczyła krzyżyki, żeby się nie zgubić. Dzieci zasypiały przy tupocie igły. A czasem przychodził ktoś z chłopaków i siadał pod piecem, patrząc, jak z niczego rodzi się wzór. „Po co to tak równo?” — pytał. „Bo równe rzeczy dobrze się noszą, a porządek cieszy oko” — odpowiadała matka.
Kiedy obrus czy koszula były gotowe, prasowało się je przez mokrą ściereczkę, żeby wzór się podniósł i trzymał fason. Potem trafiały do skrzyni, takiej pachnącej lawendą i jabłkami, i czekały na dzień świąteczny. Na Wielkanoc na stole kładło się biały obrus, na Boże Ciało — niebieskie wstawki, na wesele — cały dom się stroił haftem. Każdy ścieg to było trochę ciszy, trochę czasu i dużo serca. Nikt nie pytał, ile to trwało. Ważne, że dobrze wyszło i będzie na lata.
Haft nie uciekał jak moda z miasta. On trwał. Uczył, że w życiu nie wszystko się wyklikuje — niektóre rzeczy trzeba po prostu przeszyć własnymi rękami: równo, spokojnie, bez skrótu.